Do przeczytania mini-powieści Jacka Ketchuma zachęciły mnie pochwalne recenzje internautów i słowa mistrza horrorów, Stephena Kinga, który określił „Poza sezonem” jako książkę tak przerażającą, że jeśli czytelnik sięgnie po nią w Święto Dziękczynienia to nie zaśnie do Bożego Narodzenia. Skoro autor cyklu o mrocznej wieży tak wysoko ceni sobie tę właśnie książkę, to jego wiernej fance jak najbardziej wypada z owym literackim objawieniem się zapoznać. Nie muszę chyba tłumaczyć, że do lektury siadałam podekscytowana i
trochę onieśmielona bliskością brutalnego horroru, który w założeniu
miał mnie wtłuc w ziemię, przemielić na drobną miazgę i spowodować
eksplozję mózgu. Wyobrażałam sobie naiwnie, że czeka mnie przerażająca
uczta w stylu filmu „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Niestety, w
powieści Ketchuma odnalazłam wyłącznie źródło nudy, w dodatku pisanej
przez duże „N”.
Przyznaję, że temat „Poza sezonem” jest nośny, w końcu opowieści o
kanibalach nie od dziś robią karierę w kulturze i popkulturze Europy i
Ameryki. Któż z nas nie niesie w sobie obawy przed tym, że gdzieś w
naszej bliskości nie mieszka ON lub ONA, pielęgnujący w sobie nietypowe
upodobania kulinarne? W społeczeństwie krąży przecież dowcip o
miłośnikach ciężkich brzmień pożerających koty i niepokojące wieści o
satanistycznych rytuałach, podczas których konsumuje się nieochrzczone
jeszcze dziatki. Któż wie, czy u podstaw tych zabawnych lecz i po części
makabrycznych rewelacji nie kryje się podświadomy lęk przed byciem
zjedzonym?
Wróćmy jednak do powieści Ketchuma. Jak zaznaczyłam wyżej, u jej
podstaw leży temat ludożerstwa. I tak – z jednej strony mamy rodzinę
dzikich, mieszkających na wyspie kanibali, wysoko wyspecjalizowanych
jeśli chodzi o metody spożycia i przerobu ludzkich ciał, z drugiej –
grupkę nieświadomych niebezpieczeństwa mieszczuchów, planujących spędzić
kilka dni w domku na pustkowiu, w oddaleniu od uroków cywilizacji. Jak
nietrudno się domyślić obie grupy zetkną się w warunkach
niesprzyjających zadzierzgnięciu więzów przyjaźni, za to bardzo
korzystnych, jeśli chodzi o możliwość przygotowania gulaszu z ludziny.
Zresztą, nie tylko gulaszu. Gdyby sporządzić spis wszystkich potraw
sporządzanych z ciał naszych współbraci, a wspomnianych na kartach
książki, to można by na tej podstawie opracować całkiem pojemną książkę
kucharską.
No dobrze – domyślamy się już w jaki sposób zginie część bohaterów
„Poza sezonem”. Posłużą szczytnemu celowi zaspokojenia czyjegoś apetytu.
Niestety, biedne ofiary będą miały przed śmiercią sporego pecha, bo
ludożerczy smakosze nie należą do osób przejmujących się zasadami
humanitarnego uboju bydła. Innymi słowy – momenty zejścia poszczególnych
bohaterów są mało przyjemne i mogą przyprawić o mdłości co
delikatniejszych czytelników. Aby w jakiś sposób to zobrazować
nadmienię, iż jedna z bohaterek zostanie zaszlachtowana na podobieństwo
świni – szybkie nacięcie gardła, by zebrać krew do szaflika (może na
smakowitą czerninie?) i rozrąbanie brzucha, by pozbyć się wnętrzności.
Cała ta operacja odbędzie się oczywiście „na żywca”, tak więc biedna
kobieta odczuje w wyraźny sposób całą makabrę swojego zejścia do Hadesu.
Biorąc pod uwagę fakt, ze takich momentów jest w książce więcej nie
można spodziewać się lektury w stylu romansów Harlequina.
Ketchum bardzo wyraźnie zaznacza podział między myśliwymi i
ofiarami. Ci pierwsi przedstawieni są jako zdegenerowani sadyści,
których jedynym motorem działania jest napełnić smakowitymi kąskami
brzuch i nasycić uszy jękami mordowanych. Ci drudzy to banda owieczek na
rzeź, niezdolna do stawienia oporu przemocy. Wydawać by się mogło ze
czytelnik powinien kibicować ginącym w okropnych okolicznościach
ofiarom, ale biorąc pod uwagę to, że są to postaci zupełnie bezbarwne,
ich śmierć wydaje się kompletnie obojętna. Przyznam szczerze – o ile
poruszyły mnie opisy mąk zadanych tym ludziom przez kanibali (nie co
dzień czyta się tak drastyczne opisy), to już ich reakcja na ból i
świadomość bliskiego końca nie wzbudziły we mnie prawie żadnych emocji.
Trudno wzruszać się losem papierowych postaci. Myślę, że to właśnie
stanowi o słabości „Przed sezonem”. Powieść zbudowana jest na
fundamencie okropieństw i wynaturzeń, którym nie towarzyszy żaden
głębszy sens. Dlatego też książka wydaje mi się zupełnie bezbarwna i
najzwyczajniej w świecie nijaka. Stephen King obiecał mi wrażenia
porównywalne z żuciem papryczek chili, a tak naprawdę skosztowałam
niedosolonej i niedopieprzonej ziemniaczanej pulpy. Nie mogę jej nikomu
polecić, bo w moim przekonaniu „Poza sezonem” to strata czasu.