Rozpoczęcie
koncertu zaplanowano na godzinę 19, jednak - co było do przewidzenia - miała miejsce spora obsuwa i dopiero godzinę później ze sceny zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki. Nie były to jednak brzmienia folkmetalowe, ponieważ na support - naprawdę nie wiem z jakiej przyczyny - zdecydowano się wybrać
poznański zespół
Squall lokującym się w zgoła odmiennym, bo deathmetalowym klimacie. Jak dla mnie wyszło to średnio, ale czymś trzeba było publikę rozgrzać.
Po całkiem niedługiej przerwie na scenie zainstalowali się Holendrzy z
Heidevolk. Przyznam szczerze, że nie oczekiwałam po nich zbyt wiele, tymczasem zaskoczyli mnie chyba najbardziej ze wszystkich składów i to na wielki, wielki plus. Nie tylko wrażenie robiły stroje z epoki wikingów tudzież średniowiecznych wojów oraz włączenie do instrumentarium rogu z prawdziwego zdarzenia, ale też dwóch wokalistów, którzy na przemian dwoili i troili się - widać było, że zespół dawał z siebie wszystko. Pojawiły się m.in. takie utwory jak najbardziej wyczekiwany przez fanów "Vulgarils Magistralis", "Sakseland" czy "Koning Radboud". Nie trzeba dodawać, że od razu publiczność obdarzyła blondwłosych muzyków sympatią, czemu dała wyraz domagając się bisów.
Atmosfera i tak już zgęstniała i rozgrzała się do czerwoności, a przecież jeszcze przed nami dwa kolejne, wyśmienite występy. Szkoci z
Alestorm wskoczyli na scenę niczym, nomen omen, sztorm. Szczególnie uwagę zwracał niezwykle energiczny wokalista, grający na może trochę kiczowato wyglądającym instrumencie będącym połączeniem gitary i klawiszy. Pod sceną istny szał ciał, a w powietrzu dźwięki Zemsty Kapitana Morgana (tytułowy "Captain Morgan's Revenge", "Over The Seas", czy "Wolves of the Sea" na koniec), choć zespół zaprezentował także kilka kawałków z nadchodzącej płyty, m.in. znany już z myspace'a, skoczny "Keelhauled". Ogólnie zrobiło się bardzo biesiadnie, a w pewnym momencie, ni stąd ni zowąd, nadleciały kolorowe serpentyny i balony o, co tu dużo pisać, fallicznych kształtach i do muzyków
Alestorm dołączyła część
Heidevolk'ów, co utwierdziło wszystkich w przekonaniu, iż zarówno zespoły jak publika świetnie się bawią.
Jako ostatni pojawili się zawsze miło widziani w naszym kraju wikingowie z
Tyr (o czym niech zaświadczy fakt, iż w innych krajach to nie oni stanowili główną gwiazdę trasy a
Alestorm promujący nowe wydawnictwo). Tym razem pojawili się w zbrojach i kolczugach i jak zazwyczaj wzbudzili podziw żeńskiej części publiczności. Zagrali materiał przekrojowy ze wszystkich albumów, praktycznie same swoje największe hity, jak "Hold the Heathen Hammer High" oraz "Northern Gate" z nowej płyty, "Ólavur Riddarós", "Eric the Red", "Ramund hin Unge" czy "Wild Rover" zaśpiewany wspólnie z chłopakami z
Alestorm. Zaskoczeniem z pewnością było zagranie na bis "Whiskey in the Jar" z repertuaru Thin Lizzy - z powrotem więc mieliśmy na scenie jedną wielką biesiadną imprezę suto zakrapianą różnego rodzaju trunkami, do czego też nas Farerczycy przyzwyczaili.
Jeśli chodzi o aspekty techniczne, to tym razem właściwie nie ma się do czego specjalnie przyczepić - nagłośnienie w normie, większych problemów nie było, no może oprócz minimalnego kłopotu z mikrofonem tuż przed występem
Alestorm, ale to dosłownie drobnostka, mając w porównaniu inne
koncerty z klubu
Eskulap.
Wszyscy muzycy nie szczędzili autografów, wspólnych zdjęć i rozmów z publicznością i chyba nikt z nie żałował uczestnictwa w tym wydarzeniu, które właściwie przerodziło się w przepełniony żywą energią spektakl. Piraci i wikingowie odjechali na kolejny
koncert trasy z pewnością w świetnych humorach oraz wzbogaceni o kilka nowych, pożytecznych słówek z naszej polskiej mowy, jak "sława" czy "na zdrowie". Pozostaje tylko czekać na premiery albumów wymienionych zespołów i oczywiście kolejny tak świetny show.