- Tomku, jak siÄ™ czujesz
po odstawieniu leków? - zapytała radośnie. To wyrachowane tortury -
pomyślałem - przecież widzi co się ze mną dzieje. Nerwowo gryzłem i tak
już poranione wargi.
- Nie rób tego - skarciła mnie - rozmawialiśmy o tym, przecież to cię boli.
- Potrzebuję bólu - spojrzałem jej w oczy - chcę dać sobie nauczkę...
- Widzę, że coś jest nie tak.
Znowu znalazłem się za zasłoną. Wszystko to, co mnie otaczało zaczęło płowieć, oddalać się ode mnie i cichnąć.
- Wróć tutaj - usłyszałem ten
głos, który przez ostatni rok był dla
mnie jedynym punktem zaczepienia. Przywracał mnie światu. Wyprostowałem
się szybko, chcąc zrzucić z pleców całe to otępienie, które znowu mnie
przygniotło.
- Posłuchaj, ja... ja nie odstawiłem leków...
Każdy
inny człowiek powiedziałby wtedy, że nawet się nie poruszyła, ale ja,
baczny obserwator jej ciała, dostrzegłem szybkie drgnienie ramion. Nie
patrzyła na mnie, tylko gdzieś w przestrzeń ponad moją głową.
Cierpliwie czekałem na jej kwestię. Przecież miało być jak w teatrze -
wszystko to, co tutaj robiliśmy było teatralne - moje żałosne męskie
łzy, napady złości, stłumione szeptem chore zwierzenia. I ona -
świetnie przygotowana do swej roli pani psycholog, której słowa były
opatrzone przypisami z mądrych książek.
- Dlaczego? - zapytała spokojnie.
- Nie jestem na to gotowy - odpowiedziałem
głosem człowieka, który
właśnie zdał sobie sprawę ze swojej słabości. Na skórze poczułem
kropelki wstydu, a w ustach lepki wstręt.
- Już od dawna nie
powinieneś ich zażywać, wiesz przecież, że i tak przedłużaliśmy moment
odstawienia. To nie jest bezpieczne.
Chciałem wiedzieć co
myśli. Nie tylko dziś - zawsze. Jej
głos wzbudzał zaufanie, ale to był
tylko
głos... Być może zniżała go specjalnie, terapeutycznie... Być
może wcale mi nie współczuła. Te wątpliwości nie dawały mi spać.
Miliony razy roztrząsałem to w swojej głowie. Nigdy nie miałem zaufania
do psychologów, którzy jawili mi się jako ludzie twierdzący, że mają
prawo do czyichś myśli, że wiedzą lepiej
i więcej, a tak na prawdę
są tylko tym, co przeczytali. Śmiać mi się chciało gdy ustawiałem
kubeczki, które miały symbolizować członków mojej rodziny. Dowiedziałem
się nawet, że mam kompleks ojca - alkoholika. Przecież wystarczyło
zapytać. Powiedziałbym. Ale pojawiła się Sylwia - niewiele starsza ode
mnie dziewczyna, której znakomita praca magisterska otworzyła drzwi do
najlepszej placówki dla czubków w mieście. Początkowo bywałem dla niej
okrutny, ale po pewnym czasie łapałem się na tym, że podczas napadu
lęku, przypominałem sobie jej słowa - działały na mnie terapeutycznie,
tak jak z założenia powinno to wyglądać. I to po raz pierwszy w całej
mojej karierze neurotyka.
Jej
głos wzbudzał zaufanie, ale chciałem wiedzieć co myśli.
- O czym myślisz? - zapytałem, uznając, że najprostsze rozwiązanie
może okazać się najlepsze. Nie miałem nic do stracenia. Traci tylko
ten, kto coś posiada, a ja nie miałem nic cennego - przede wszystkim
nie miałem Sylwii. W żaden sposób nie należała do mnie. Mogłem co
najwyżej zachować sobie jej niski
głos, zamknąć
w psychoanalitycznych szufladach podświadomości... Tylko tyle.
- Jestem rozczarowana - powiedziała w pierwszej osobie liczby
pojedynczej. Zdziwiłem się, bo z jej ust słyszałem ciągle, że
,,Postaramy się coś temu zaradzić", ,,Uważa się powszechnie, że
zaburzenia takie...", ,,teraz powinieneÅ›..." i tak dalej.
W końcu
przemówiła ona. Napiąłem się jak struna gotowy drążyć tym razem w niej,
nie w sobie, chwycić ją za gardło, zdusić ciepło jej
głosu i posłuchać
czym tak na prawdÄ™ oddycha.
- Jestem rozczarowana -
powtórzyła powoli - bo spodziewałam się, że potrafię skutecznie ci
pomóc. Ty mnie okłamałeś, Tomek. Wszystko co mówiłeś wskazywało na to,
że jest poprawa...
Nie mogłem uspokoić swojego serca, które właśnie
dokonało w mojej piersi przewrotu. To prawda, mówiłem, ale to tylko
słowa, to tylko mój
głos, który był tak samo mało wiarygodny jak jej.
- Jest poprawa - oznajmiłem niepewnie - ale to jeszcze nie to, nie mogę
się przełamać, szczególnie w nocy, gdy nachodzą mnie natrętne myśli...
- Jakiego sÄ… rodzaju?
- Boję się, że nie jesteś człowiekiem - odparłem poważnie i jak na swoje możliwości zdecydowanie.
- Słucham? - każdy inny uznałby wtedy, że powiedziała to spokojnie,
ale ja, niezrównoważony koneser jej słów, wyczułem zakłócenia.
- Boję się, że nie jesteś człowiekiem, bo robisz to, czego cię
nauczyli, że mimo pozorów człowieczeństwa jesteś taką samą rozprawą
naukową jak twoi poprzednicy, którzy starali się mnie wyleczyć -
powiedziałem to szybko, bez przerw, nerwowo.
Po chwili bardzo niewygodnej ciszy zapytała spokojnie i chłodno:
- Nadal bierzesz leki, bo obawiasz się, że traktuję cię przedmiotowo?
- Coś w tym rodzaju - starałem się skopiować jej profesjonalne opanowanie.
- Tomku - wymówiła moje imię oficjalnie, ale tak jakby zwracała się do
dziecka - nie możemy rozmawiać o mnie i o tym jakie mam podejście.
Tutaj chodzi wyłącznie o ciebie. To tobie mamy pomóc. Ale wiedz, że
kocham swojÄ… pracÄ™ i nie traktujÄ™ jej jak przykry obowiÄ…zek.
- Powiedziałaś, że chodzi o mnie. Odpowiedz więc na moje pytanie dotyczące ciebie!- podniosłem
głos.
- Po co ci to? - spytała przestraszona.
- PotrzebujÄ™...
- Czemu?
- Przestań, dziś ja ja zadaję pytania! - wstałem gwałtownie, po czym równie szybko usiadłem.
Tym
razem Sylwia wcisnęła się głęboko w fotel, nie wiedząc gdzie podziać
oczy. Znowu tak bardzo pragnąłem wiedzieć o czym myśli. Miałem jednak
pewność, że w jej głowie jest chłodniej niż w mojej - nie mogłem
zatrzymać emocji i nadmiaru bodźców - jaskrawe kolory za oknem
atakowały mnie, zasłona opadła, chciałem się jej pozbyć, rozszarpać na
strzępy.
- Odpowiadaj tak lub nie - powiedziałem już ciszej.
Dziewczyna pokiwała głową zdezorientowana moim wybuchem. Jej reakcja była szczera, pozbawiona słów - bezgłośna, więc prawdziwa.
- Traktujesz mnie jak każdego innego pacjenta?
- Nie.
- Wszystkich traktujesz inaczej, indywidualnie?
- Tak.
- Pracujesz z powołania?
- Tak.
- Czy twoje sposoby są tylko książkowe?
- Nie.
- Jesteś szczęśliwa?
Sylwia
utkwiła we mnie wystraszone, ciemne oczy. Gładziła dłonią kant stołu
jakby to miało ją uspokoić. Przyglądała mi się badawczo, ale w zwykły,
ludzki sposób.
- Nie, nie jestem szczęśliwa. I dajmy sobie spokój z tymi ,,tak" i ,,nie", dobrze?
- Dobrze - odpowiedziałem zaskoczony jej reakcją i w ogóle tym, co właśnie wyprawiałem.
- Ja nie jestem szczęśliwa, Tomek. Nie jestem, bo wszystko rozumiem. Sama przez to przechodziłam.
Już nie tylko jej
głos, ale ona cała wzbudzała zaufanie. Miałem ochotę opowiedzieć
o
wszystkim, co o niej kiedykolwiek pomyślałem - od niesmaku jaki we mnie
wzbudzała na początku, poprzez fantazje erotycznie, kiedy przychodziła
w
nocy bezcielesna jak mara senna, aż po twarde ,,coś", które siedziało w
mojej głowie głęboko, a którego nie chciałem wypędzić, mimo bólu jakie
sprawiało.
- Ja wiedziałem, czułem, że jesteś taka jak ja.
Chciałem, marzyłem by tak było. Znam cię, wiem kim jesteś. Pewnie też
kiedyś trzęsły ci się ręce, pewnie robiłaś się czerwona na twarzy. Ale
oni, oni nauczyli cię tego nie pokazywać... dla naszego dobra. Bo ty
teraz musisz być jak skała, prawda? - wpadłem w słowotok - Tak świetnie
ci idzie, bo wszystko rozumiesz, bo twoje słowa nie są puste. Już
wszystko wiem. Teraz wreszcie możemy normalnie rozmawiać. Pozbawiłem
ciÄ™
głosu, wreszcie pozbawiłem cię
głosu - zaśmiałem się dziwacznie.
Spojrzenie
Sylwii zmieniło się. Wyglądała teraz jak lalka - miała sztywne,
plastikowe ręce i szklane oczy. Przeraził mnie ten widok. Poczułem się
oszukany - znowu przestała być prawdziwa. Rozwścieczyło mnie to i ukuło
boleśnie. Wstałem gwałtownie, mówiąc:
- Jesteś oszustwem, jesteś zwykłą lalką, zabawką, ale to ty się mną bawisz, ja nie mogę cię nawet dotknąć!
- Tomku, ja... - nie pozwoliłem jej dokończyć.
- Co robisz? - spytałem już spokojniej.
- Wypisuję kartę, usiądź... Musimy porozmawiać, weź oddech, opanuj emocje tak jak cię uczyłam.
Nie
usiadłem, za to wolno przysunąłem się do biurka, chcąc zobaczyć co
pisze Sylwia tak nisko pochylona nad kartką. Dostrzegłem jak delikatnie
odsuwa siÄ™ ode mnie...
,,Podejrzenie ICD-10 - uporczywych zaburzeń urojeniowych" - udało mi się przeczytać. Wstrząsnął mną silny, chorobliwy dreszcz.
- Co to? Dlaczego? - wymamrotałem wyrywając papier spod jej ręki.
- Już jakiś czas podejrzewam, że musimy zmienić tera... - nie
dokończyła, widząc jak biorę z pudełka czerwony, gruby mazak.
Przycisnąłem go do kartki tak mocno, że zamazując tę cholerną diagnozę,
zrobiłem w niej dziurę. Pod spodem napisałem drukowanymi literami BÓL i
rzuciłem kartę pacjenta wprost pod jej nogi. Teatralnie. Jak zawsze.
- Nie jestem chory - wykrztusiłem.
- ProszÄ™ ciÄ™, porozmawiajmy. Poradzimy sobie z tym. PomogÄ™ ci.
Po
moim ciele rozlał się najzwyklejszy w świecie smutek. Miała
głos, który
wzbudzał zaufanie, miała
głos, którego chciałem, ale nie potrafiłem
usłuchać. Dobiegłem do drzwi, otwierając je gwałtownie.
-
Za tydzień Tomek, przyjdź za tydzień - powiedziała nisko i ciepło. Ale
ja stojąc już za progiem wiedziałem, że nie przyjdę.
-
Po-po-wiedz mi, czy będziesz, powiedz - wyjąkała pospiesznie jakby
chciała zatrzymać mnie tymi słowami. Odwróciłem się do niej i
uśmiechnąłem blado.
- Ale...już... - mruknąłem - już... Wszystko zostało powiedziane.