Otwierający płytę, minutowy, instrumentalny "The Last Stand" zaskoczył mnie pięknym, floydowskim pejzażem gitarowym, aby po chwili przejść do "Enslaved" ... no i mała konsternacja ... Utwór jest bowiem utrzymany w klimatach nieco mocniejszego Lombardu, tyle że jest śpiewany po angielsku - w sumie nic ciekawego. Od razu rzuca się w uszy wąska skala głosu wokalistki oraz bardzo płaskie brzmienie werbla. Najgorsze jednak dopiero miało nastąpić...
"Nowhere To Turn" to niemal identyczne motywy jak w "Elvenpath" Nightwish! Totalny plagiat! Identyczny wstęp, bardzo podobna linia melodyczna i jedynie nieoperowy śpiew wokalistki powoduje, że nie mamy do czynienia z klonem. Co więcej – każdy kolejny utwór, bez wyjatku, jest mocno osadzony we wczesnych dokonaniach Nightwish. Usłyszymy te same akordy klawiszy, takie same konstrukcje riffów, z tymi piskliwymi wytłumieniami, taką samą rytmikę. Różnica zasadnicza polega jednak na tym, że Nightwish nawet na moim zdaniem słabym "Angels Fall First" miał większego pazura i więcej czadu aniżeli
Exlibris. Utwory wydają się być grane bez polotu, w ospalym tempie.
Jedynym elementem przykuwajacym uwagę sa pojedynki klawiszowo-gitarowe, bardzo przypominające te z Children Of Bodom - tyle, że Finowie grają bardziej technicznie i ciekawie. Należy jednak zaznaczyć, że muzycy mają bardzo dobry warsztat, jednak totalny brak oryginalności i brak własnych pomysłów, powoduje, że "Skyward" nie jest nawet odgrzewanym kotletem, a wręcz 50-krotnie odświeżaną kiełbaską z przydrożnego, obskurnego baru, gwarantujacą rozwolnienie i odruch wymiotny. Oczywiście nie wątpię, że znajdą się tacy, którym ten album się spodoba, ale obiektywnie patrząc, ten zespół nie wnosi ani krzty własnych pomysłów i nie wątpię, że przepadnie na rynku. Dla mnie cienizna.