Łysy mężczyzna w masce chirurgicznej na okładce sugeruje nam jakieś zagrożenie biologiczne, jednak w książce Barańskiej głównym bohaterem jest Soktor Alfred Mortus, który uważa się za genialnego chemika. Człowiek ten stwierdził, że w tablicy Mendelejewa brakuje jednego pierwiastka, tuż przed wodorem, o liczbie atomowej zero (sic!). Nic dziwnego, że nie znalazł się żaden sponsor, żeby sfinansować badania mające na celu potwierdzenie jego teorii.
Akcja powinna przenieść się do szpitala psychiatrycznego, tymczasem pewnego dnia doktor dostaje propozycję przeprowadzenia swoich badań pod opieką całkowicie nieznanej, ale za to hojnej "firmy farmaceutycznej". Doktor cieszy się – ważne, że nowy pracodawca daje sprzęt i pieniądze. Podejmuje badania w małym ośrodku badawczym w Bieszczadach. Po pewnym czasie znikają naukowcy i pojawia się spisek. Mortus jest osaczany i dyskretnie kontrolowany, domyśla się, że ktoś chce wykorzystać jego badania i nikomu nie może ufać. Fabuła jest więc niestety strasznie schematyczna. Za całą intrygą stoi "potężna instytucja", jaką jest Kościół - kłania się “Kod da Vinci”.
Amerykańska w swym stylu powowieść osadzona w Bieszczadach daje mniej więcej efekt Talibów w Klewkach. Poszukiwany
pierwiastek zero "pozwalający funkcjonować białkom" i inne bzdury prezentowane przez autorką powodują, iż jest to
książka zła. Nie chodzi o to, że mogłaby być z przymruzeniem oka skierowana do młodszego lub mniej rozgarniętego czytelnika, ale dlatego, że mniej obeznanych z nauką czytelników wprowadza w błąd i odwodzi od samodzielnego myślenia. Autorka zdecydowanie powinna zająć się tym, co potrafi najlepiej, czyli
książkami dla dzieci.
Twórczością autorki, którą
Telbit wydaje i konsekwentnie promuje od czterech lat, zainteresowali się filmowcy. Podobno ma być zrealizowana wysokobudżetowa produkcja filmowa na podstawie powieści. Podaje się wartość 7 mln zł, co w polskiej kinematografii jest kwotą bardzo dużą. Będzie więc to chyba najdroższy film dla idiotów w historii polskiej kinematografii.