Opowiadania : Do trzech razy sztuka

Seria strzałów z karabinu przeszyła niezmąconą ciszę na dzień dobry. Wiedziałam, że nieuniknione zbliżało się. Wpadłam do sieni pogrążonej jeszcze w mroku wczesnego poranka, by pomóc domownikom w ewakuacji. Sporej wielkości dom z drewna pokryty strzechą był dla Niemców zbyt nęcący by nie zniszczyć go ogniem. Nie mieliśmy zwierząt oprócz klaczy, co groziło natychmiastowym rozstrzelaniem. Nie była to moja rodzona rodzina jednak zdążyłam się już do nich przywiązać a natrętne myśli o kolejnej stracie napawały mnie bolesnym lekiem. Rok temu znaleźli mnie błąkającą się po lesie. Nie chciałam mówić nic o sobie, bałam się zdradzić cokolwiek, po ucieczce z płonącego domu.

CaÅ‚a moja rodzina zostaÅ‚a spalona żywcem dla zabawy za trzymanie jednej cholernej Å›wini.  Matka wrzuciÅ‚a mnie do dobrze ukrytego otworu w podÅ‚odze. WoÅ‚aÅ‚am, bÅ‚agaÅ‚am za nimi, by też uciekali, ale tego nie zrobili. Przeznaczony do przechowywania przetworów w chÅ‚odzie ziemi, nieraz sÅ‚użyÅ‚ do ukrywania uciekinierów. Tego Niemcy nie byli w stanie znaleźć. PrzeÅ›lizgnęłam siÄ™ dalej. KiedyÅ› odkryÅ‚am tam małą szczelinÄ™, która byÅ‚a wejÅ›ciem do szybu. KiedyÅ› byÅ‚a wiÄ™ksza eh… a raczej ja byÅ‚am mniejsza. Nie wiedziaÅ‚am, po co zostaÅ‚ wydrążony ten tunel, ale byÅ‚am wdziÄ™czna za to Å›wiatÅ‚o nadziei. Jeszcze Å›niÄ… mi siÄ™ krzyki rodziny. W ciąż czujÄ™ palÄ…ce siÄ™ drewno i ciaÅ‚a.

 Wspomnienia ożyÅ‚y ze zdwojonÄ… siłą, lecz nie miaÅ‚am na to czasu. Szybko zebraÅ‚am swój dobytek i rzeczy przybranego rodzeÅ„stwa. MaÅ‚e twarzyczki trzech sÅ‚odkich dziewczÄ…tek. Wielkie oczka pomimo tak niewielu lat, wyrażaÅ‚y nie tyle strach, co pogodzenie siÄ™ z losem. Niestety anioÅ‚ki widziaÅ‚y, co to znaczy wojna, wiedziaÅ‚y, co siÄ™ robi z odpadkami. Wszystko zebraliÅ›my na wóz jednokonny.  Najpotrzebniejsze rzeczy i jedzenie. Nie byÅ‚o czasu na sentymenty. Åšmierć deptaÅ‚a nam po piÄ™tach, czego dowodem byÅ‚ dym palÄ…cego siÄ™ dobytku w sÄ…siednim gospodarstwie.  Las ciÄ…gnÄ…Å‚ siÄ™ niemiÅ‚osiernie. CaÅ‚e szczęście to byÅ‚o lato, wiÄ™c nie zostawialiÅ›my tak wyraźnych Å›ladów. Jednak na pewno byliÅ›my Å›cigani.

 I staÅ‚o siÄ™ to, co nieuchronne. WystrzaÅ‚, sÄ™dziwa już klacz padÅ‚a natychmiast i jak duchy wyÅ‚oniÅ‚y siÄ™ zewszÄ…d niemieckie mundury. BaÅ‚am siÄ™ oddychać by nie zwrócić na siebie uwagi. Olbrzym z grozÄ… w gÅ‚osie kazaÅ‚ nam zejść z wozu i pokazać dokumenty. RozmawiaÅ‚ z ojczymem, który znaÅ‚ niemiecki. Nagle Niemiec zaczÄ…Å‚ krzyczeć. Karabiny poszÅ‚y w ruch, wrzaski, lament. MusieliÅ›my wsiąść do furgonetki. To byÅ‚a Å‚apanka a my uciekaliÅ›my, zabawa siÄ™ skoÅ„czyÅ‚a.

OkazaÅ‚o siÄ™, że nie jesteÅ›my sami. Siedem bladozielonych wychudÅ‚ych mÄ™skich i żeÅ„skich twarzy wpatrywaÅ‚o siÄ™ w nas. Jeden na oko 20latek Å›widrowaÅ‚ mnie wzrokiem. OdwróciÅ‚am od niego wzrok i skupiÅ‚am siÄ™ na drodze. ModliÅ‚am siÄ™ w myÅ›lach by celem tej podróży nie byÅ‚ pociÄ…g, lecz niestety. Co by to miaÅ‚o być? JechaliÅ›my tak okoÅ‚o godziny aż w koÅ„cu stanÄ™liÅ›my. Gdy wygramoliliÅ›my siÄ™ z furgonetki, otaczaÅ‚y nas inne pojazdy i grupki ludzi. MaÅ‚e sterty rzeczy osobistych, nawet dzieciom odebrano jedyne pociechy, zabawki. Strażnicy pilnowali nas ze swoimi owczarkami wyrywajÄ…cymi siÄ™ jak bestie by nas pochÅ‚onąć. CofaÅ‚am siÄ™ nieostrożnie i jeden zÅ‚apaÅ‚ mnie za spódnice, ale w porÄ™ siÄ™ wyrwaÅ‚am. Niemiec byÅ‚ trochÄ™ zawiedziony.

Niespodziewanie zaczÄ™to gnać nas do wagonów. Szare bydlÄ™ce wagony, Å›mierdzÄ…ce jeszcze Å‚ajnem. Serce Å‚omotaÅ‚o mi w piersi jakby maÅ‚o wyÅ‚amać żebra. OblaÅ‚ mnie zimny pot pozbawiajÄ…c zarazem wilgoci w ustach.  SzukaÅ‚am bliskich na próżno. GdzieÅ› z oddali usÅ‚yszaÅ‚am wrzaski ojczyma i strzaÅ‚y. OdwróciÅ‚am siÄ™ by zobaczyć to, czego siÄ™ baÅ‚am, leżaÅ‚ bez życia. StÅ‚oczeni znaleźliÅ›my siÄ™ totalnych ciemnoÅ›ciach, oprócz przeÅ›witów miÄ™dzy deskami. Zaduch, Smród wywoÅ‚ywaÅ‚ mdÅ‚oÅ›ci. StaliÅ›my, bez możliwoÅ›ci choćby kucniÄ™cia. WszÄ™dzie dÅ‚onie. OblepiaÅ‚y mnie z wszech stron, obce, zimne, lepkie dÅ‚onie. CzuÅ‚am, że muszÄ™ siÄ™ wyłączyć. Uciec, choć na chwilÄ™ od bezradnoÅ›ci i brudu.                 

 ByÅ‚a noc lipcowa, duszna i otulona srebrem księżyca. Nawet szczeliny wagonu pogrążyÅ‚a niemal caÅ‚kowita ciemność. Nagle poczuÅ‚am jak siÄ™ przemieszczam i uderzam o Å›cianÄ™ wagonu. KtoÅ› mnie tam pchaÅ‚, ktoÅ› mnie uderzyÅ‚ Å‚okciem w twarz, ktoÅ› uderzyÅ‚ w brzuch. Nie wiem, kto to byÅ‚, co siÄ™ dziaÅ‚o. Nagle buchnęło mi w twarz nagrzane Å›wieże powietrze, lecz pociÄ…g dalej gnaÅ‚. Co jest?! W ten w Å›wietle księżyca zobaczyÅ‚am, że to ten sam chÅ‚opak z furgonetki. ObjÄ…Å‚ mnie w pasie i ciÄ…gnÄ…Å‚ za sobÄ… w przyjemna otchÅ‚aÅ„. Nie wiedziaÅ‚am gdzie zaczyna siÄ™ ziemia a gdzie niebo tylko Å›wist powietrza w uszach. OtworzyÅ‚am oczy caÅ‚a poobijana i z trwogÄ… spostrzegÅ‚am, że nieznajomy leży, nie rusza siÄ™.

 Gdzie byÅ‚am? Dlaczego inni nie uciekali? Zbyt siÄ™ bali? Jak moja rodzina? To byÅ‚y tylko dwie deski w murze do kolejnego stopnia piekÅ‚a. Oczy zaszÅ‚y mi Å‚zami. Po raz drugi wyrwaÅ‚am siÄ™ ze szponów Å›mierci i mogÅ‚am tylko czekać na kolejny cios.  DoczoÅ‚gaÅ‚am siÄ™ chÅ‚opaka, ale nie reagowaÅ‚ na moje woÅ‚ania, chyba skrÄ™ciÅ‚ kark. SpojrzaÅ‚am po sobie spodziewajÄ…c siÄ™ krwi, zÅ‚amaÅ„ a tu tylko stÅ‚uczenia i zadrapania. ChciaÅ‚am go, chociaż pochować, ale nie miaÅ‚am na to siÅ‚. ObszukaÅ‚am marynarkÄ™ chcÄ…c wiedzieć, komu zawdziÄ™czam ratunek. Tylko imiÄ™ na koÅ‚nierzu. DziÄ™kujÄ™ ci V.

 GÅ‚ucha cisza, Å›rodek nocy, las. Nie wiem ile czasu szÅ‚am przed siebie nie wiedzÄ…c gdzie jestem, dokÄ…d idÄ™ i czy w ogóle jest sens dalej iść. ByÅ‚am wygÅ‚odniaÅ‚a i strasznie wyczerpana. Po drodze jadÅ‚am, co siÄ™ daÅ‚o, pokrzywy, piÅ‚am wodÄ™ z kaÅ‚uż. BaÅ‚am siÄ™ zasnąć. MyÅ›laÅ‚am wciąż, że to sen, że obudzi mnie zapach trupów krematorium.  SzÅ‚am przez życie ciÄ…gle oglÄ…dajÄ…c siÄ™ za siebie wiedzÄ…c, że Å›mierć ze mnÄ… nie skoÅ„czyÅ‚a Ona jedyna nie opuszczaÅ‚a mnie przez caÅ‚e moje dawne istnienie. Tyle ludzi, tyle umysłów, tyle barw. Wszystko to zabieraÅ‚a i czekaÅ‚a na mnie, czekaÅ‚a cierpliwie.

 Lata 80 Malbork. SÅ‚oÅ„ce kojÄ…ce duszÄ™, ale niepalÄ…ce, godzina 12. Mijam pocztÄ™ na ul. 17 Marca z zamiarem skrÄ™cenia w ul. PG. ZostajÄ™ jednak zatrzymana na samym rogu i jedyne, co widzÄ™ to stara kamienica a potem tylko okrÄ…gÅ‚a rura. Srebrna rura rewolweru zbliżajÄ…ca siÄ™ do mojego czoÅ‚a. W gÅ‚owie pustka i tylko myÅ›l „Za trzecim razem mnie dopadÅ‚aÅ›” nareszcie koniec oglÄ…dania siÄ™ za siebie, koniec ucieczki.  Nasycona zabawÄ… w kotka i myszkÄ™, znudziÅ‚a siÄ™.                                                                                      

 Nigdy nie byÅ‚am wolna. Zawsze czuÅ‚am Å›cinajÄ…cy mi w żyÅ‚ach krew, oddech na karku. Zimno metalu wbija mi siÄ™ w czaszkÄ™. Znów otchÅ‚aÅ„, znów inni jakby sparaliżowani nie reagujÄ… i godzÄ… siÄ™ na Å›mierć tym razem swoich sumieÅ„. Pocisk dociera do celu. Przez pół minuty czujÄ™ tÄ™py, przenikajÄ…cy i diabelnie wnerwiajÄ…cy ból by skoÅ„czyć na niczym. Tylko nic lub aż nic. 

  

Wysłany przez:
Zaakceptowane przez: amorphous
Wysłano:

Dyskusja na temat artykułu:
DonVitteo
2011-07-31
Zupełnie przez przypadek trafiłem na te opowiadanie i przyznać muszę, ż...
bibunia
2011-07-31
Ciekawie napisane,ale nie jestem pasjonatkÄ… literatury wojennej :)
bass9
2011-07-31
Zupełnie przez przypadek trafiłem na te opowiadanie i przyznać muszę, ż...
5 123245

Podobne Artykuły