Do zespołu trafili w efekcie Jack Owen, który odszedł z Cannibal Corpse i Ralph Santolla, który grywał wcześniej w Death i Iced Earth.
Zmiana w muzyce wyczuwalna jest od razu! Pierwsze co to brzmienie - jest potężne, czyste, nigdy przedtem zespół nie brzmiał tak dobrze. Również w samej muzyce pojewiły się zmiany...
Deicide zaczął grać odrobinę melodyjniej, co jest niewątpliwie zasługą gitarzystów. Pojawiają się pewne zagrawki gitarowe znane z Cannibal Corpse, Ashheim szaleje za perkusją, często używa podwójnej stopy, a jego gra nie opiera się jedynie na gnaniu do przodu. Mamy tutaj bowiem kilka bardzo dobrych przejść. Nawet bas Bentona jest wyraźny, a i jego wokal jest czytelniejszy i brutalniejszy aniżeli na ostatnich albumach. Prawdziwą perłą tego albumu są jednak solówki, które są w każdym utworze! Każda solówka jest inna, pomysłowa, rozbudowana czyli coś zupełnie nowego w
Deicide. Owen i Santolla pokazują, że są lepszym tandemem od Hoffmann Brothers.
Nigdy nie byłem fanem
Deicide, ale ten album to jeden z lepszych albumów death metalowych ostatnich lat. Widać, że chłopaki potrafią połaczyć zmysł kompozycyjny i umiejętności techniczne, a to jest cenna umiejętność. I co z tego, że Benton po raz 43 krzyżuje Jezusa, po raz 75 pluje na krzyżyk, parę lat temu, jak kończył 33 lata zapomniał popełnić samobójstwo, a jego synek ma na imię Damien. Grunt, że takich świrus wie jak powiniem brzmieć świetny death metalowy album.
Wydawca: Earache Records (2006)