Płytę rozpoczyna blisko siedmiominutowy, okrutnie wolny "Godless" z
jęczącym wokalem
Danziga. Niezbyt dobry zabieg komercyjny otwierać
płytę utworem kompletnie pozbawionym przebojowości, ale jak się miało
okazać będziemy mieli do czynienia z najzimniejszym i najbardziej
mrocznym wydawnictwem
Danzig nie tylko dotychczas, ale i w całej jego
karierze. Tej reguły nie potwierdza kolejny utwór "Anything", który obok "Mother" jest chyba największym hitem zespołu.
Kolejne kawałki takie jak "Bodies", "Dirty Black Summer" czy "Sistinas"
nie pozostawiają jednak złudzeń, że płyta jest raczej ukłonem w stronę
najmroczniejszych dokonań Black Sabbath i The Doors. Materiał jest
szalenie klimatyczny, ale pomimo swojego wolnego tempa bardzo
energiczny. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to jeszcze wyższy stopień
wyrafinowania kompozycyjnego niż na poprzedniej płycie, bo choć nie
jest to tak przebojowy materiał, to jest zwyczajnie dojrzalszy.
Znalazło się też miejsce dla prawdziwej perełki - utwór tytułowy to
prawdziwa oaza spokoju, która bestialsko morduje głębokim, ale pełnym
subtelności wokalem Glena.
Tracklista:
01. Godless
02. Anything
03. Bodies
04. How The Gods Kill
05. Dirty Black Summer
06. Left Hand Black
07. Heart Of The Devil
08. Sistinas
09. Do You Wear The Mark
10. When The Dying Calls
Wydawca: Def American Records (1992)