Zero skrzeku, zero ciężkich gitar, z black metalem ani z awangardą nie ma to nic wspólnego. Co więcej - nie jest to żaden "Unplugged" w stylu Nirvany czy Claptona - "Origin" jest bowiem o wiele bliżej tego, co Opeth wyczyniał na "Damnation" czy Ulver na "Kveldssanger". I choć kampania promocyjna mówiła o progressive/folku, o tyle muzyce faktycznie bliżej jest do rocka progresywnego lat 70-ych. Na szczęście
Borknagar nie pokusił się o wykorzystanie hammonda czy mellotronu tak jak to uczynił Opeth, dlatego też muzykom udało się zachować dystans pomiędzy aranżacjami sprzed 30 lat a nordyckimi melodiami, które raczej o typowy folk nie zahaczają. Zespół pokusił się o ponowne nagranie utworu "The ocean's rise" z płyty 'The archaic curse", który w efekcie wyszedł zupełnie niepodobny do oryginału - spokojnieszy, mniej symfoniczny, ładniejszy. Co więcej - zespół w jednym utworów pokusił się wplecienie awangardowych motywów, które burzą odrobinę konwencję utworu i utrudniają jego odbiór - nie ma tak słodko!
Swoją drogą chciałbym podkreślić fenomenalne partie wokalne Vintersorga, który fantastycznie wczuł się w nastrój utworów, świetnie oddając emocje i budując napięcie w utworach. Co do warstwy muzycznej - nie ma się do czego przyczepić - muzycy już wcześniej pokazywali fascynacje jazzową rytmiką, więc tutaj zaskoczenia nie będzie. Brzmienie też jest nienaganne, każdy instrument jest słyszalny i nie jest w jakiś szczególny sposób wyeksponowany.
Koniec 2006 roku jest bliski, a póki co
Borknagar jest dla mnie najmilszą niespodzianką. Z całym szacunkiem do twórczości Opeth i Ulver, muszę przyznać, że "Origin" jest albumem po protu lepszym czy to od "Damnation" czy od "Kveldssanger". Więcej jest tutaj melodii, ciepła, jazzu, więcej swoich pomysłów, mniej zapożyczeń. A przecież wazne jest to, aby poszukiwać, eksperymentować, a jednocześnie zachować swój styl - a
Borknagar zrobił to świetnie!