Godzina 5.00
Ziewam.
Otwieram oczy – dłońmi ocieram
każde z osobna. Ziewam – przy tym zamykając oczy, znów je
otwieram, i kolejny raz ocieram dłońmi każde z osobna. Pieszczę –
jakby moje palce miały usta to i by całowały. A jakby miały
języki to lizały. Robiły by dobrze. I mi – i gałkom ocznym.
Ziewam. Drugi raz już. Zatykam usta
dłonią. Nie lubię jak mam otwartą gębę gdy ziewam, potem różne
świństwa wlatują do jamy ustnej. A to jakieś radioaktywne
pierwiastki, nie wiadomo skąd się wzięły. A to jakieś robactwo
latające w powietrzu. Raz taka mała muszka – nie większa od de
mnie wleciała mi do ust, myślałem, że umrę. Czułem się jakbym
wtrynił ość z ryby. I jeszcze paskuda drapała po gardle –
wiadomo walczyła o życie - co dawało efekt kucia, wrzynania się
w mięśnie, jakby ktoś na żywca mnie wyrzynał. Dżysus – co za
ból. No nic to – na szczęście było minęło. Nie warto
wspominać.
Ziewam. Kurde ile jeszcze? Ziewam i
ziewam. Spałem co prawda 5 godzin, ale teraz ziewania koniec ma być
– bom do pracy. Jak to? Ziewać prowadząc autobus? Nie wypada.
Jeszcze licho wie co się potrąci i problemy będą. Zwolnią z
roboty, prokuraturę naślą, a rodzina osoby potrącanej naśle mi
bandziorów i wpier.. ekhm mi dadzą. Złamią coś – kolejne
koszta. A nie daj boże – zabiją. Pfu, odpukać, splunąć za
siebie, kopnąć się w zadek – nie może być.
Ziewam. Już czwarty raz – w pysk
sobie daje – plask a to w prawy w policzek, plask to w lewy –
cholera bolało. Moja kobieta tak nie wali jak sobie za dużo popiję.
Chłopie miej ty litość.
Godzina 5.05.
Ok. Coś trza zjeść. Bo człowiek
jak wyrusza w trasę, a burczy w żołądku przy tym – to źle się
prowadzi. Nic tylko myśli wtedy o żarciu, a nie o pracy. A przecież
nie można być roztargnionym. Myślami gdzie indziej się jest – a
trza tylko skupionym być. Prowadzić autobus to poważna sprawa.
Niemal jak misja. Co prawda nie kościelna – ale duszyczki czy to
złe czy to dobre się wozi. Momentami czuję się jak Anioł Sądu
Ostatecznego prowadząc te ludzkie niewypały pod sąd. Niestety –
apokalipsy jeszcze nie ma, więc prowadzę je do pracy, do szkół,
czy gdzie tam jeszcze. Ważne – aby dojechali na miejsce – cali i
zdrowi. Tak pisało w Aneksie umowy o pracę - „kierowca lokomocji
przewozowej jest odpowiedzialny za doprowadzenie bezpiecznie
pasażerów w dany cel”. Tak jest napisane. Tego się
trzymam. Momentami się czuję jak Anioł Stróż, stojący na
straży ich bezpieczeństwa. Pfu – jak dla mnie mogliby w diabły
iść – no ale regulamin to regulamin. Potem sankcje karne są jak
się go nie przestrzega. A potem są problemy. A po co mi to.
Co tam mi żonka przygotowała...hmm
pomarańczę, kanapki z szynką i serem i batonik milki - łej.
Wszystko ładnie zapakowane – w pudełko z Kaczorem Donaldem. Dla
ciekawskich – to pudełko dostałem od mojej mamy w Wigilię, wiec
do dzisiaj je trzymam. Codziennie jest przez ze mnie czyszczone, aby
pozbyć się gnicia czy rozpadu. Więc grzybicy brak – jak ta lala
i malinka. Więc zdrowy prze to jestem jak dąb.
Wyciągam kanapkę, robię kęsa i
przeżuwam. Przeżuwając się rozglądam. Patrzę na przystanek lini
hmm nie mogę tego zdradzić. Otóż gdy przeczytacie
opowiadanie – stanę się sławny i jak będziecie jeździć moim
autobusem, kupując u mnie bilet – to przy okazji i o autograf
poprosicie. A jak już wspominałem, nie mogę być myślami gdzie
indziej. Mam poważne stanowisko i wiele od niego zależy. Na
przykład wasze bezpieczeństwo. Wasz cel. Więc nie mówię
jakiej to linii autobus. Może 234, a może nowiuteńki autobusik z
dojcztland z napisem nad drzwiami „Achtung”linii 5. Nie powiem i
basta. I proszę mi tu już nie robić mętlika w głowie. Nie
powiem.
Stoją już. Czekają. Marzną. A
niech marzną. Podjadę o tej godzinie jak zawsze – 5.15. Zero
pośpiechu, zero spóźnienia. Idealnie. Grupka już spora się
zrobiła. Ruch za pewnie dzisiaj będzie duży. Są i młodzieży
rozwydrzona, mówiąca co drugie słowo „kurwa” i „twój
stary”. Jakby taki był moim dzieciakiem – zaraz w pysk.
Nauczyłbym go kultury. Smark jeden. Gówniarz. Jak ja nie
lubię gówniarzy. Ehh – kiedyś się nimi zajmę – ale nie
teraz. Nawet kościelni fanatycy staruszkowie stoją. Jedna już
wyciągnęła różaniec i odmierza pacierz za pacierzykiem.
Jakby się bała, że wsiądzie do autobusu i nie wróci. Jest
taka możliwość. Ale nie dzisiaj. A może dzisiaj? Licho wie.
Mmmm...a to co? oj tak – widzę ją
– cycata, w miniówce w tygryski mrau, blond długie włosy i
ładna jest. Zgrabna i za pewnie ładnie pachnie. Uuuuu ależ bym
poznał twoje mroczne zakamarki. Poznawałbym języczkiem twoją
duszę, palcami bym pieścił.... - trzask w pysk – przestań
chamie. Za chwilę zaczniesz kurs – a ty o bzykanku myślisz. Jezu.
Dusza i umysł musi być czysta jak prowadzisz. Nie może być brudna
obrazami – w tym przypadku pornograficznymi. Masz misję – musisz
ją dokończyć. Nie spieprzyć. Ruszaj – bo już za cztery
piętnaście po piątej.
Przekręcam kluczyk w stacyjce. Silnik
ożył i autobus zaczął się poruszać linią prostą. Jak w
fizyce. Podjeżdżam pod przystanek numer linii 4.. uuuh mało by
brakowało a bym się wygadał. Otwieram drzwi...
Od tego momentu zaczęła się moja
praca. Patrze w lusterko wsteczne i widzę obrazy straszne.
Podstawową walkę o miejsce. Rzucają się. Kopią. Popychają.
Gryzą. Jeden nawet drugiemu zdzielił w mordę, bo go podsiadł.
Cham powiedział. I młodzież krzycząca wniebogłosy niebiańskich
chórów – kurwa i twój stary. I babcie – idą
swym powolnym krokiem. Łapią się za rurkę, drugą rurkę,
podpierają się o siedzenie i błagalnym wzrokiem patrzą się na
rozwydrzone bachory – proszą niemym głosem o miejsce. Ale nie –
to chamy i gówniarze. Nie puszczą. A niech stoi – ma nogi.
Stare – ale jak się to mówi jare. Jedna młoda dziewczyna
się zlitowała i puściła. Babulka się uśmiechnęła, dziękuję
powiedziała i usiadła, że aż fotel zagrzmiał grzmotami. Chociaż
jedni mają dusze czyste.
Wnet babulka która z różańcem
w dłoni stała i odmierzała czas paciorkami, zaczęła się drzeć
– „bachorzyska, chamidła pierońskie. Wszędzie się wpierdolą
– skurwysyny małe paskudne. Nie można usiąść – bo te
grafficiarze, wandale śmierdzące takie niby schorowane – żeby
ich szlag. Nogi mnie bolą – czy mam się prosić o miejsce? Stara
jestem, schorowana, a wy młodzi gówno a nie chorzy– już mi
stąd wypierdalać brudasy.” Mówię do siebie – taka
staruszka a klnie jak szewc. A taka bogobojna się wydaje. Ale jak
widać „chaja” przyniosła skutek – bo zaraz w dwa miejsca się
znalazły puste. A niech siedzi – a niech ma. Bo stara.
Ostatni raz zerkam w lustereczko
wsteczne i przy okazji przyglądam się otoczeniu – gdzie moja muza
jest. A moja muza stoi na przystanku – ale już na inną linię
czeka. A niech czeka. Spotkamy się innym razem dziecinko. Ja to
wiem. Różnica taka – że ty nie wiesz.
Zamykam drzwi – wnet ktoś głośno
krzyknął”kurwa boli boli, zajebie skurwysyna, otwórz
przycisnęło mi rękę, otwórz...” Zadrżałem od tego
krzyku – otworzyłem drzwi, i wleciał do autobusu bezdomny człek.
Ubrany w szmaty – równocześnie mojej żonie mógłby
sprezentować, do mycia podłogi. Trochę chyba podpity – bo się
chwiał. Pasażerowie ci starsi – od skurwysynów mnie
wyzwali, młodzieży, wyśmiewała mnie wytykając mnie palcami.
Jedna młoda mała dziewczynka nawet powiedziała cieniutkim
głosikiem – ale brzydal. Poczułem w sobie złość. I wstyd. Bo
gdyby nie te „fantazje o cycatej muzie” to by takiej rzeczy nie
było. Nic to – a mówiłem uważaj?
Ruszyłem. Po tym przypadku z
bezdomnym – mam spóźnienie dwie minuty, więc ruszać
trzeba niezwłocznie. Więc ruszyłem. Wyjeżdżałem z dworca
autobusowego, skręciłem w prawo i kierunek końca celu namierzałem.
I jechałem i jechać będę tak z sześć godzin. Szybko spłynie.
Jak batem strzelił. A włączę sobie radyjko – na dobre
samopoczucie, i tamten feralny moment zaniknie szybko zagłuszony
muzyką. Nucę sobie – przyjemnie mi. Taką pracę to ze świecą
szukać. No ba!. Po chwili usłyszałem puknięcie w szybkę. Patrzę
w lusterko wsteczne i widzę bezdomnego – tego, którego
jakąś chwilę temu zatrzasnąłem drzwiami rękę. Cholera –
teraz ten mi nabluzga. Wyzwie od najgorszych, że powinienem zrobić
kurs otwierania i zamykania drzwi. I tak będzie lamentował kurkami
i chujkami aż do zajezdni. Ehh – i po co mi to było? Ale tudzież
zaskoczenie. Patrzę i bezdomny coś tam przykleił do szybki. I tak
było napisane „Kontroler Biletów – Zbigniew Fiutek nr
000132” i mówi – zablokuj kasowniki. A masz ci los.
Kontroler przebrany za bezdomnego, tegoż jeszcze nie było. Jakaś
ściśle tajna misja głównego związku kontrolerów, że
się przebierają? Mówi, jeszcze raz – kontrola biletów,
zablokuj kasowniki. Spojrzałem i kiwnąłem głową, że już się
robi. I wtedy się zaczęło.
Na początku ludzie spojrzeli na
bezdomnego mimo chłodem – za pewnie myśleli, że bezdomny
nabluzga – ale tudzież zaskoczeni, obrócił sie i głośno
krzyknął – kontrola biletów, bileciki do kontroli proszę
przygotować. Ależ ludzie zdębieli – ale zaraz potem zaczęli się
rzucać, wiercić i pocić się, jakby bestie zobaczyli. Już wiadomo
kto ma bilety, kto ni ma. Po wyrazach twarzy widać, po długim
poszukiwaniu w łapą w torbie. Nie ma - a kuku – nie ma. Macie
pecha. FRAJERZY. A mnie wyzywali od najgorszych. HA!
Kontroler profesjonalista – widać,
że zna się na rzeczy, bo zgarnął zaraz kilkoro gapowiczów.
Wierzgają się, wyrywają – tłumaczą, że zapomnieli, że w
kiosku biletów nie było. U kierowcy – także(hmm
rzeczywiście nie było – ale cóż zrobić). Kontroler
podchodzi do mnie abym się zatrzymał – bo tu będzie potrzeba
więcej czasu na sprawdzenie, ludu pełno, a i gapowiczów.
Będziesz mi potrzebny do pomocy. Kiwnąłem głową.
Teraz wam powiem – dlaczego nie
chciałem zdradzić linii autobusu. Otóż po kiwnięciu głową
kontrolerowi, w tym momencie przystanki przestały się dla mnie
liczyć. Zatrzymałem autobus – włączyłem światła awaryjne.
Włączyłem guziczek na panelu – niebieski – w tym momencie na
okna nasunęły się zabezpieczenia metalowe – ale z drugiej strony
było odbicie – jakby nikogo nie było w autobusie. Wyciągnąłem
manekina – wysiadłem z autobusu, włożyłem manekina pod autobus
– dało to pewną imitację, że ktoś autobus naprawia. Wszedłem
z powrotem do kabiny, wziąłem radio i mówię do niego –
autobus ma awarię, naprawa potrwa kilka godzin. Proszę o podesłanie
tą trasą inny środek przewozu. Po chwili odzywa się z drugiej
strony głos – zrozumiałem. Bez odbioru.
Otworzyłem kabinę – wszedłem do
środka. Spojrzałem na pasażerów. Pasażerowie na mnie. W
ich oczach zobaczyłem niepokój, ale także niezrozumienie.
Kontroler dalej sprawdzał bilety, chwilę potem spojrzał na mnie.
Uśmiechnął się złowieszczo.
W kabinie dalej było włączone
radio. Muzykę chwilę potem przerwano i zostały puszczone
wiadomości. Oto co mówił tamtego dnia dziennikarz -"
.....wczoraj odnalezione kilkanaście ciał w porzuconym autobusie na
drodze(...)Ciała były rozczłonkowane, niektóre były w
połowie zjedzone(...)Sztab Bezpieczeństwa Narodowego i Policja z
całych sił poszukują tych niezwykle niebezpiecznych morderców.
Policja informuje – że udało im się ustalić, iż mordercami
mogą być fałszywi kierowcy autobusów. W wyniku badań
śledczych, Policji udało się odkryć, iż mordercy nie sprzedawają
biletów autobusowych. Mówi por. Gąska – w przypadku
gdyby pasażer chciał kupić bilet w autobusie, a kierowca informuje
wtedy, że biletów nie ma, należy niezwłocznie zgłosić ten
przypadek Policji...(...)Wysokie prawdopodobne, że miało się
bliskie spotkanie z niebezpiecznymi mordercami..."
Na mojej twarzy ukazał się maleńki
złowrogi uśmiech – a trzeba było zapytać się czy mam bilety.
Ale nie – bilety pfu ble, więc pozwólcie, że teraz Was
osądzę moi drodzy.
Po chwili wysunął się język i
oblizał powoli moje usta. Pasażerowie – nie którzy już
stracili przytomność, nie którzy świadomi tego, że to już
koniec trasy, ostatniej ich podróży - zaczęli płakać,
cichutko lamentować i niepokojąco się wiercić. A w radiu
puszczono kawałek „Giń giń giń kochanie”. Jak ja kocham tą
pracę. Strasznie.