Ku mojemu zaskoczeniu, to niespełna 10
minut muzyki nie brzmi tak źle jak się spodziewałem, a i same kompozycje
nie są najgorszej jakości. Słuchając tych trzech utworów i intra
skojarzenia pobiegły jednak w stronę
Carcass z okresu
„Necroticism”/”Heartwork” – rytmiczne, choć jednostajne tempo perkusji
przypomina trochę styl gry Ken’a Owen’a z ekipy rzeźników
z Liverpoolu, riffy są raz bardziej chwytliwe, innym razem bardziej
agresywne (tutaj odwołanie do twórczości
Slayer), solówki grane głównie
hammeringiem - próżno tu szukać ciekawych aranżacji. Całości dopełnia
growling łudząco przypominający wokalistę francuskiej Massacry. Choć
Bare Bones nie gra w sposób oryginalny, nie ma nawet własnych pomysłów,
to trzeba podkreślić, że każdy z tych utworów posiada swoje
charakterystyczne momenty i nie jest to wykonanie na jedno kopyto.
Brzmienie odbiega od perfekcji, ale jak na materiał zarejestrowany na
PC-cie, można być mile zaskoczonym. Jest ono selektywne, ale w
miksie zginął gdzieś bas – gitarom w efekcie brak ciężaru i są schowane
w tle. Kuleje też brzmienie centralek, zwłaszcza, gdy słyszymy jakieś
przejście. Talerze natomiast długo będą świszczeć nam w uszach. Wokal
jest zdecydowanie najlepiej nagłośnioną partią, choć i on brzmi jakby
był nagrywany gdzieś „obok” zespołu.
Choć
Bare Bones tym
wydawnictwem niczego szczególnego nie pokazał, to słyszałem już sporo
zespołów, które miały na koncie kilka demówek i grały gorzej.
Słychać, że zespół umie zrobić użytek ze sprawdzonych wzorców, szkoda
tylko, że zabrakło własnych pomysłów. Sądzę, że kapela ma szansę
zaistnieć w podziemiu, gdyż obecnie niewiele zespołów gra taką muzykę,
ale jeśli muzykom marzy się zaistnienie na rynku, to jeszcze trochę
pracy ich czeka.
Wydawca: self released (2008)