Największym zarzutem jaki kieruję pod adresem Norwegów to brak
pomysłów, a dokładniej nieumiejętne ich łączenie. W talent tych muzyków
niewątpię, ale odniosłem wrażenie, że omawiane wydawnictwo miało być
mroczniejszą i cięższą wersją poprzedniczki. Już sam fakt, że
Arcturus
w jakiś sposób "kontynuuje", a tym samym powiela schematy, był dla mnie
niemiłym zaskoczeniem. "
Sideshow Symphonies" ma bardzo przestrzenny,
wręcz kosmiczny klimat, ale ten futuryzm śmierdzi ostrym plastikiem,
nastrój jest nadęty i sztuczny. Pewnym zaskoczeniem jest także
obszerniejsze wykorzystanie gitar kosztem klawiszy. Nie miał bym nic
przeciwko temu zabiegowi, gdy te partie były naprawdę interesuące, a
tymczasem sa one zaledwie przeciętne i nie przykuwają uwagi. W tym
momencie żałuje, że jest tak mniej klawiszy niż dotychczas, gdyż
stanowią one mocny punkt "
Sideshow Symphonies". Nie można zapomnieć
także o Hellhammerze, którego partie są zdecydowanie najmocniejszym
aspektem tego wydawnictwa. Wydaje mi się także, że wiekszość utworów
byłapisana właśnie pod pracę perkusji - stąd też pozostali muzycy nie
wypadają tak interesująco.
Oddzielną kwestię stanowią partie
wokalne Vortexa - są one kolejnym rozcarowaniem. Choć nie wątpię w
talent wokalny tego muzyka, to daleko mu do klasy Garma, jego partie są
tutaj wyjątkowo mdłe, rozwleczone i bezbarwne. Na poprzednich albumach
wokal był bardzo waznym elementem muzyki
Arcturus, nadawał jej
dostojeństwa - tutaj tego nie ma w ogóle. Nawet brzmienie tego krążka
wydaje się być bardzo płaskie.
"
Sideshow Symphonies"
rozczarowuje na całej linii i bardziej niedomaga niż 90-letni dziadek
podłączony do butli tlenowej. I wcale nie twierdze, że jest to zły
album, ale jest to twór zdecydowanie poniżej oczekiwań. Szanuję to, że
Arcturus tworzy muzykę ambitną i nieszablonową, ale co z tego jeśli tym
razem ona w żaden sposób nie zachwyca.
Wydawca: Season Of Mist Records (2005)