Muzykę
Angel Witch można by określić jako połączenie Judas Priest i Black Sabbath. Typowo heavymetalowe riffy i solówki przeplatają się z sabbathowym klimatem i trochę toporną praca sekcji rytmicznej. Lider formacji - Kevin Heybourne - w swoich tekstach wyraźnie pokazuje fascynację okultyzmem i satanizmem. O ile jeszcze melodie tworzone przez zespół mogą przykuwać uwagę, to już umiejętności techniczne i kompozytorskie są dużo słabsze.
Otwierający płytę utwór tytułowy zaczyna się potężnymi uderzeniami sekcji oraz niezłą solówką, ale chóralnie odśpiewany refren nasuwa skojarzenia z... The Police! Złe wrażenie robią: bezbarwny "Confused", punkowo brzmiący "Gorgon", zniewieściały "Sweet Danger", pozbawiony mocy "Angel Of Death" zamykający krążek, a także instrumentalny "Devil's Tower". Nieźle wypadają natomiast: "Atlantis" z lekko schizofreniczną linią melodyczną, mroczny "Sorcerers", rozpędzony "White Witch", ale zdecydowanie najlepszym i w zasadzie jedynym dobrym kawałkiem na tym wydawnictwie jest balladowy "Free Man", z naprawdę dobrą melodią i dosyć standardową, ale emocjonalną solówką.
Jedyny, klasyczny już album
Angel Witch, to w gruncie rzeczy bardzo słabe wydawnictwo, nieprezentujące niczego wartościowego, gdyż muzycy nie potrafią pisać ani dobrych utworów, ani ich instrumentalne umiejętności nie zachwycają. Teraz, gdy sprzedałem ten album, to czuję się, że moje życie zyskało kilkadziesiąt minut więcej, a mój portfel trochę podreperował swoją zawartość.
Wydawca: Bronze Records (1980)