Recenzje : Anathema - A Natural Disaster

Anathema, A Natural DisasterKrążek zaczyna się spokojnym i harmonijnym (jak głosi tytuł) utworem opatrzonym deliktnym głosem Vincenta. W oddali słychać powtarzający się rytm, ale później w ruch idą gitary, a głos wokalisty nieco przybiera na sile. Nastepnie "Klątwa" popisuje się utworem "Balance", który wyróżnia się klawiszowym motywem, od razu wpadającym w ucho. Zauważyć można, że Anathema odważyła się poeksperymentować nieco z elektroniką i komputerami. Zarówno w hipnotyczno-elektronicznym "Closer", jak i we wspomnianym już "Balance", możemy uświadczyć zmodyfikowany głos.
Małym "ale" na płycie, który mi osobiście przeszkadza, jest "Childhood Cream". Przez cały utwór słychać w nim tylko śmiech dziecka, na tle różnorakich sampli. Trochę wyprowadza to z zapoczątkowanego klimatu płyty.

Żeby nie było całkiem tak łagodnie i ładnie, Anathema zaserwowała nam duży łomot. Słowo "duży", może po przesłuchaniu szóstego numeru na płycie, wydać się wydać dużym nadużyciem, ale przy tak delikatnych dźwiękach, jakimi została przyprawiona ta płyta, jest to jak najbardziej słuszne. Chociaż z drugiej strony piosenka ta odstaje nieco swoją kompozycją od reszty, bo jest jakaś taka... zwykła...? Choć sama śmieję się z mojego porównania, ale gdy pierwszy raz ją przesłuchałam, to od razu nasunął mi się na myśl obraz śmiesznych panów z 30 Seconds To Mars. Pewnie to przez te powtarzajace się w obu przypadkach sekundy...

Dochodzimy teraz do utworu tytułowego - jedynego na tej płycie, w którym możemy uslyszeć panią Annę Livingstone. Musze przyznać, że od razu się w nim zakochałam. Niesamowity klimat, który wprowadził tutaj głos wokalistki po prostu powala na kolana. W dodatku ten refren... Poezja.

W kolejnych dwóch kawałkach swoim śpiewem raczą nas panowie, ale najlepsze zostawili nam na finał. Prawie 11-minutowa kompozycja jest dla odważnych i cierpliwych. Utwór podzielony jest jakby na dwie częsci. Pierwsza zaczyna się motywem fortepianowym. Dopiero później dołączają wszystkie instumenty, w tym "brzecząca" gitara, która mknie coraz szybciej i szybiej do przodu. Do tego galopująca perkusja i nagłe wyciszenie... No i znów powraca fortepian... I tak już jest do końca. Jedyne określenie na ten fragment brzmi: idealnie nadaje się jako podkład do filmu przyrodniczego bądź dokumentalnego.

Widać, ze Anathema ciągle lubi Pink Floyd i odcięła się już od doom/death metalu, który kiedyś preferowała. Jedyne co jej pozostało ze swojego "pogrążenia", to teksty: niepokojące, o śmierci, końcu, ciemności, obawach i niepewnościach. Czekam z niecierpliwością co pokażą na nowym albunie, którego premiera przewidziana jest na wrzesień/październik tego roku. Słyszałam pogłoski, że płyta ma być weselsza od poprzednich. Ciekawe jak wyjdzie to wiecznie smutnej Anathemie...

Wydawca: Music For Nations, Metal Mind Productions (2003)

Wysłany przez:
Zaakceptowane przez: amorphous
Wysłano:

Dyskusja na temat artykułu:
Harlequin
2007-08-06
Lubie to nowe wcielenie Anathemy :) Ten krazek bylby wybitny gdyby zespol go troc...
Rajiya
2007-08-06
Katowałam się utworem A Natural Disaster całą końcówkę zimy i wi...
Harlequin
2007-08-06
Ale Anathema potrafi grac na emocjach :) to sie ceni :)
5 123245

Podobne Artykuły